www.kulakovski.pl / pozytywny pesymista jest zamknięty: Soundtrack Of My Life - Track #10

Soundtrack Of My Life - Track #10

niedziela, 15 marca 2015


Jest rok 2001. Jestem w trakcie romansu z „Issues” KoRna. Jest niedzielne późne popołudnie i mój ojciec wraca z giełdy elektronicznej wręczając mi płytę ze słowami: „Nie wiem, co to jest, ale gość mówił, że powinno Ci się spodobać”. Wtedy dostałem do ręki (piracką wersję, nie będę tego ukrywał) płytę „Chocolate Star Fish And The Flavored Hot Dog Water”. Zrobiłem tylko zaciekawioną minę i z szybkością Pendolino ruszyłem do odtwarzacza. 

W taki sposób zaczęła się moja miłość do Limp Bizkit. Nie owijając w bawełnę jest to jeden z najważniejszych albumów w mojej 27 –letniej egzystencji. Razem z „Hybrid Theory” i „S&M” zmieniły moje muzyczne życie i ukształtowały mój gust w tej dziedzinie. Dodatkowo z tym albumem wiąże się masa wspomnień - tych lepszych i tych gorszych. A zatem…

S01E01 „English Lady”

Historia dotyczy nauczycielki języka angielskiego. Zrozumienie tego, o czym Fred rapuje czy jak kto woli – śpiewa, zajęło mi naprawdę dużo czasu. Często po lekcjach pytałem, co oznacza dane zdanie czy konkretne słowo, którego nie mogłem znaleźć w słowniku. Na szczęście zawsze dostawałem odpowiedź. Już prawie na końcu tłumaczenia tekstu zapytałem, co oznacza tytuł, bo nie wiedziałem, o co może chodzić. Pani próbowała zatuszować śmiech, a ja z każdą sekundą stawałem się coraz bardziej poważny, co najmniej jakby była to sprawa wagi państwowej. Niestety nie odpowiedziała na moje pytanie konkretnie i zbyła mnie szybko, także pozostało mi szukanie po słownikach znaczenia słów i sklejenie ich w spójną całość tytułu.

*W tych czasach w mojej szkole język angielski był od czwartej klasy szkoły podstawowej, a ja byłem wtedy w szóstej, jeżeli dobrze pamiętam. Stąd słaba znajomość języka obcego.

S01E02 „Red Yankee Cap

Druga historia dotyczy czapki, jaką Fred miał na teledyskach i zdjęciach. Strasznie chciałem ją mieć! Musiałem ją mieć, co najmniej tak bardzo jak dzisiejsze szafiarki reklamy na blogach. Kosztowała wtedy ok 100-120 złotych. W tamtym okresie taka kwota to było sporo pieniędzy, której nie wydawało się ot tak. Prosiłem ojca, a wręcz błagałem go o to by mi ją kupił – chyba jednak mam coś z tej szafiarki J. Niestety nie uległ, chociaż kilka lat później kupił mi taką w jednej z sieciówek odzieżowych – oryginał to nie był, ale radość co nie miara! Chociaż nie była to czerwona czapka Yankesów to w zupełności wystarczała na moje potrzeby, do momentu, w którym zakochałem się w czapkach tirówkach.

Chocolate Star Fish And The Flavored Hot Dog Water to trzeci album Limp Bizkit. Gigantyczny sukces nu-metalu, czyli mieszanki rocka i rapu. Płyta idealna w każdym calu. Można powiedzieć, że nu-metalowy szczyt perfekcji. Stworzony by osiągnąć sukces i mu się to udaje. O tym albumie mam identyczne zdanie jak o „Issues” z Soundtrack Of My Life #9

/Gdy dzisiaj myślę o tym albumie przychodzi ma na myśl pewna zależność. Kiedy w czasach hossy na rynku powstają coraz wyższe budynki jest to oznaka, że niedługo nadejdzie kryzys. Wiem, że to dziwne porównanie, ale pasuje do sytuacji. KoRn od 1999r. nagrywał coraz słabsze płyty, a Limp Bizkit od trzeciej płyty rozpadał się kilka razy. Wszystko zmierzało do wypalenia się gatunku, jakim był nu-metal./

Osobiście tę płytę dzielę na dwie części.

Pierwsza część trwa do pierwszego utworu do „Rollin' (Air Raid Vehicle)” i jest to cześć komercyjna. Zawiera prawie wszystkie single z tego albumu i porywa mnie na kilka chwil, aczkolwiek potem już lekko nudzi. Nie przyciąga mnie niczym specjalnym. Dobre utwory, ale na chwilę.

Druga jest już mniej komercyjna i jest w niej coś więcej. Zaczyna się ona od numeru „ Livin’Up” i trwa do samego końca. Nie jest aż tak prosta by zajmować listy przebojów, ale i tak z tej części na listach długo utrzymywał się „Boiler” i „Take a Look Around”. Ten ostatni pomimo upływu lat nadal trzyma poziom i śmiało można go umieścić na liście najlepszych piosenek nagranych na potrzeby promocji filmu.

Ogromny sukces poprzednich albumów sprawił, że zespół chyba się pogubił i już na tej płycie chciał zbliżyć się do rocka i spokojniejszego grania. Działo się to za sprawą „Hold On” czy „The One”. Jednak dostrzec można to dopiero, gdy słucha się „Results May Very”.

Mam ogromny sentyment do tej płyty i nigdy nie wyprę się tego, co dla mnie zrobiła. Słuchałem jej bardzo długo, ale podobnie jak w przypadku wcześniejszych wpisów sprawiło to, że nie wracałem do niej przez bardzo długi czas. Przed tworzeniem tego tekstu przesłuchałem kilka razy w drodze do pracy by odświeżyć sobie wszystkie wrażenia i wiedzieć o czym pisać. Nie zdajcie sobie sprawy ile miłych wspomnień nagle przeleciało mi przez głowę. To kolejne potwierdzenie tego, że pewne albumy zatrzymują daną chwilę jak fotografie, a słuchanie ich to jak przeglądnie albumów ze starymi zdjęciami. 

Z chęcią poznam albumy, które Wami wstrząsnęły, które sprowadziły Was na odpowiedni tor. Piszcie do mnie na adres pozytywnypesymista@gmail.com lub na facebook.com/pozytywnypesymista.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Proudly designed by | mlekoshiPlayground |